Czy wiecie jak to jest jak dziecko nie chce iść na drzemkę? Pewnie doskonale wiecie. A wiecie jak to jest jak zacznie Wam zasypiać akurat w trakcie obiadu? Pewnie też to znacie. Właśnie dziś miałyśmy taki dzień. Rozwalony przez brak drzemki w południe i zasypianie w krzesełku z pełną buzią w czaie jedzenia. Ale wybaczam dziś jej wszystkie fanaberie. W końcu dziś ma swój wielki-mały dzień i kończy 16 miesięcy. Jeszcze dwa i będę miała w domu 1,5 roczną pannę. Czas leci, nie ma co.

Ostatnio pisałam Wam o rozwoju mowy. Od tego czasu do słownika Karoliny weszły dwa kolejne słowa. "Ko-ko" oznaczające kurę i "ciutaj" oznaczające oczywiście tutaj.

Jeśli chodzi o zęby to jest ich już 16. Pozostały tylko piątki. Ucieszyliśmy się, że już wszystko mamy za sobą. Bo przecież jak się przebiły to już będzie spokój. No cóż, zapomniałam, że przecież czwórki to trzonowce, więc gdy wyjdzie jedna strona trzeba czekać jeszcze na drugą. Właśnie od kilku dni przebija się właśnie druga strona w nieszczęsnych czwórkach i jest moc. Ząbkowanie daje się we znaki już nie tylko w nocy, a także w dzień. Nie pozostaje nic innego jak wziąć głęboki oddech i po prostu to przeżyć.

A z takich zmian to nadeszła chwila (wcale przeze mnie niewyczekiwana), że spacery w wózku stały się nudne, więc coraz częściej spacerujemy sobie tak:


Dziś to by było chyba na tyle, bo jestem mega do tyłu z czasem przez te pomieszane drzemki.
Jakiś czas temu obiecałam Wam na Instagramie, że dodam recenzję nowej książki, którą kupiliśmy dla Karoliny. Zamówiłam ją przez Internet w ciemno, z nadzieją, że jej wnętrze będzie równie piękne jak okładka, a treść okaże się ciekawa. Na szczęście nie myliłam się i od razu się w niej zakochałam. Mam na myśli książkę "Liczypieski" Ewy Kozyry-Pawlak wydaną przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

A oto co możemy przeczytać na czwartej stronie okładki:
"W tym wpadającym w ucho wierszu dla najmłodszych kryje się urocza historia o bezdomnych pieskach. Pełna niespodzianek, zachwycająco zilustrowana książka-wyszywanka przygotowuje do nauki liczenia, ćwiczy spostrzegawczość i pogłębia wrażliwość. Świetnie nadaje się także do czytania przed snem. A wszystko przez pewne ogłoszenie..."

Dlaczego książka-wyszywanka? Zobaczcie sami :)



Na każdej stronie mamy plan PSOPOTU, na którym za każdym razem pojawia się dodatkowy piesek. Dziecko może pieski liczyć, odszukać je, zobaczyć w jakim kierunku się poruszają.


 Historia ma oczywiście happy end :)


A na końcu dziecko może policzyć wszystkie pieski i nazwać je po swojemu. Są nawet specjalne rubryki na wpisanie imion. Super sprawa.

Książka godna polecenia, Serio, serio. Skradła moje serce, mam nadzieję, że i serce Karolinki zostanie przez nią kiedyś skradzione. Póki co książka jest oglądana, a pieski wskazywane za każdym razem paluszkiem. Książka z pewnością posłuży dziecku na długo, bo jak wspomniałam we wstępie, uczy liczyć i rozwija spostrzegawczość. Można ją oglądać w nieskończoność. A wierszyk w środku jest tak śmieszny, że z pewnością spodoba się także szkolniakowi.


Drugą książkę, którą chciałam Wam polecić jest "PLASK! Mała krówka", znacie? Ostatnio książki tej serii widziałam nawet w Rossmannie. Jest także "TUP, TUP! Mały dinozaur", "OJEJ! Mały kurczak" i "BĘC! Mała sówka". My mamy na razie tylko krówkę i chyba na niej zakończymy, bo jest to książka raczej dla małych dzieci, chociaż... Zważając na wystające i zachęcające do przesuwania i ciągnięcia elementy może spodobać się również starszemu dziecku. Ilustracje są kolorowe, wręcz jaskrawe, ale to przyciąga wzrok. Zresztą, zobaczcie sami.





Fajna, prawda? Karolcia była nią swojego czasu zachwycona. Próbowała ciągnąć za boki, aby wprawić ilustracje w ruch i cieszyła się jak udało jej się to zrobić. Jak dla mnie must have na półce z książkami roczniaka.
Dawno nie było nic o kuchni i żywieniu. Postanowiłam to nadrobić i mam dziś dla Was dwa proste przepisy na zdrowy obiad i ciasteczka dla całej rodziny.

Kilka razy w tygodniu nie jemy mięsa, bo przecież ileż można ;) zawsze jak mam przygotować bezmięsny obiad, to mam z tym trochę problem, bo chciałabym, aby było szybko, zdrowo i aby kolejny raz nie były to naleśniki czy makaron. Wczoraj wynalazłam przepis na pizzę z soczewicą. Brzmi może dziwnie i tak w pierwszej chwili pomyślałam, ale do odważnych kuchnia należy ;) Przepis okazał się banalnie prosty, a do tego danie wyszło smaczne i z pewnością wejdzie w nasze menu. Co najważniejsze zasmakowało również Karolinie, z którą, jeśli o obiady chodzi, bywa różnie.

Mini-pizze z soczewicą

Składniki na ciasto:
300 g mąki na pizzę typ "00"
pół opakowania suszonych drożdży (lub ok. 8 g świeżych)
0,5 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki oliwy z oliwek
woda

Składniki na farsz:
pół szklanki soczewicy czerwonej
jedna cebula
ząbek czosnku
1 łyżka przecieru pomidorowego
sól
pieprz
oregano

Dodatkowo ser mozzarella lub jakikolwiek inny macie.

Jeśli używacie suszonych drożdży to ciasto wyrabiacie mieszając wszystkie składniki razem, dodając tyle letniej wody, aby wyszło elastyczne i gładkie ciasto. Jeśli używacie drożdży suszonych musicie najpierw przygotować rozczyn. Uformowane w kulę ciasto trafia do miski wysmarowanej oliwą, przykrywacie i odstawiacie na 1-1,5 h, aż podwoi swoją objętość.

Farsz jest prosty. Soczewicę płuczecie, a w garnku na oliwie podsmażacie pokrojoną w kostkę cebulkę i wyciśnięty czosnek. Dodajecie soczewicę i chwilę podsmażacie razem. Zalewacie wodą. Hm... Tak ok. 1,5 szklanki na tę ilość soczewicy, chociaż zrobiłam jak zwykle na oko. Trzeba kontrolować. Jak soczewica wchłonie cały płyn, a jest jeszcze twarda to dolejcie jeszcze trochę wody. Gotowa jest wtedy gdy jest miękka, wręcz się rozpada. Dopiero wtedy doprawiacie i dodajecie koncentrat. Jeśli zrobicie to wcześniej to będzie twarda i pozbawicie ją składników odżywczych.

Z ciasta formujecie małe placuszki, mi chyba wyszło ich 6. Kładziecie farsz i posypujecie serem. Zrobiłam dwie wersje: z mozzarellą i z cheddarem. Ta z cheddarem wyszła lepsza, bardziej wyrazista. Pieczecie w piekarniku nagrzanym do 200 st. przez jakieś 10-15 minut. Wszystko zależy od piekarnika.

Dlaczego akurat soczewica?
A to dlatego, że zawiera dużo białka, które może być alternatywą dla białka pochodzenia zwierzęcego. Jest bogata w kwas foliowy, potas, żelazo. A więc jeśli w ciąży macie odrzut od mięsa (ja miałam) to możecie zastąpić je właśnie soczewicą. Można podawać ją niemowlętom już od 6 mc, ale ja ze swoją intuicją bym się wstrzymała, bo jest ona jednak trochę wzdymająca.

Czerwona soczewica
Drugim przepisem, którym dziś chciałam się z Wami podzielić są ciasteczka z kaszy jaglanej. Wiadomo, że kasza jaglana jest zdrowa, ba, najzdrowsza z kasz! Ale powiem szczerze, że do tej pory jakoś nie udało mi się dobrze jej przyrządzić, nie zasmakowała mi specjalnie, więc postanowiłam poszukać takiego przepisu, w którym mogłabym ją przemycić. Znalazłam i polecam, bo ciasteczka wyszły naprawdę smaczne. Niestety nie zbyt zasmakowały Karolince, stąd też na drugi raz dodam do nich może banana... Będę musiała pomyśleć i zrobić je jeszcze w wersji z mąką razową.

Ciasteczka jaglane:
1 i 1/2 szklanki kaszy jaglanej ugotowanej na sypko
50 g miękkiego masła
3 łyżeczki miodu
1 jajko
1/3 szklanki mąki
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki wiórek kokosowych (ale możecie dodać np. suszoną żurawinę, rodzynki)

W misce mieszamy kaszę, jajko, miód i masło. Dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia i wiórki lub inne cuda. Mieszamy i wstawiamy masę do lodówki na ok. godzinę aby zgęstniała. Formujemy kuleczki, spłaszczamy je trochę i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 10-15 minut w temp. 180 st.

Niestety zdjęć wyżej wymienionych przepisów nie będzie, bo wszystko znikło zanim pomyślałam, żeby zrobić zdjęcie. Mam więc nadzieję, że uwierzycie mi na słowo, że to takie pyszne i zdrowe :)
Jakiś czas temu, gdy Karolinka całkowicie opanowała chodzenie i bieganie, zaczęło się coś zmieniać. W końcu się rozgadała i to nie tylko po swojemu, a również powtarzając słowa i nazywając konkretne czynności i rzeczy. To była dla mnie ogromna radość, bo teraz możemy jeszcze łatwiej się dogadać.

pixabay.com
 A oto zasób słownictwa prawie 16-miesięcznej Karolci:- oczywista oczywistość, czyli: mama, tata, baba i dziadzia. Zawsze jak wsiadamy do samochodu Karolina zaczyna pokrzykiwać "baaa-baaa", myśląc, że jedziemy do babci :) To takie słodziutkie. Natomiast od kilku dni, po kąpieli (kąpie ją tatuś), słyszę głośne "maa-maa!". To znak, że pora wyciągnąć z kąpieli i ubrać w piżamkę :) Rozczulam się przy czymś takim strasznie.
- cacy-cacy - głaskanie pieska
- cici - kotek
- bmuuu - krówka
- bam - zawsze jak upadnie lub jak coś rzuci na podłogę musi powiedzieć "bam"
- auto - nauczyła się z książeczek i zawsze jak widzi w nich samochód to tak śmiesznie zaciąga próbując powiedzieć "auuu-to".
- eee - siku i kupka, ale również nocnik
- aaa - z odpowiednią intonacją oznacza spanie

To chyba wszystkie słowa, a może o czymś zapomniałam... Oprócz własnych słów, zdarza jej się również powtarzać po nas, np. naśladowanie konika. Cieszy mnie to niezmiernie. Już nie mogę doczekać się, aż na dobre się rozgada :)
Dawno na blogu nie było nic o kupie, a wiadomo, że to jeden z tematów przewodnich wszystkich mam ;)
pixabay.com
Muszę się Wam pochwalić, że moje starania nie poszły na marne! Udało się i mamy za sobą niemały sukces w odpieluchowniu. Karolcia załapała o co w tym wszystkim chodzi i zaczęła wołać! A to dla mnie super ułatwienie, bo w końcu nie muszę ją co chwila wysadzać z myślą, że coś zrobi. Aktualnie zarówno na siku jak i kupkę woła "ee". Dobre i to ;)

Wczorajszy dzień był tak owocny, że ani razu nie zamoczyła pieluchy. Oczywiście nie jest jeszcze całkiem odpieluchowana, ciągle nad tym pracujemy. Zdarzają się dni lepsze i gorsze. Zdarza się też, że w zabawie tak się zapomni, że nie zawoła. Bywa też dzień poza domem, kiedy nie jestem w stanie aż tak pilnować nocnika. Czasem też zawoła w trakcie robienia i jest za późno. Ale najważniejsze, że woła, a to znaczy że rozumie :)

Mam dla Was kilka rad, których, po całkowitym zapoznaniu się z tematem, mogę Wam udzielić:
1. Jeśli chcecie próbować oduczyć małe dziecko od pieluch musicie uzbroić się w czas i w cierpliwość. Wiadomo, że dwulatek zakuma znacznie szybciej niż dziecko, które skończyło niedawno rok.
2. Jeśli dziecko chce siadać na nocniku to kontynuujcie do upadłego. Tłumaczcie i rozmawiajcie na ten temat. Jeśli nie chce, poczekajcie na lepszy moment. Nic na siłę.
3. Super ekstra grający, śpiewający nocnik wcale nie musi być Waszym must have. Ze zwykłym nocnikiem też z pewnością sobie poradzicie.
4. Dziecko załapało o co chodzi? To super, ale poczekacie jeszcze chwilę, aż całkiem zrezygnujecie z pieluch, bo będziecie z pewnością używać ich w razie "w" na wyjścia z domu i na noc.

Jeśli borykacie się właśnie z odpieluchowaniem to trzymam za Was kciuki! Pamiętajcie, kiedyś w końcu się uda ;)
Tym postem uruchamiam kolejny dział "Biblioteczka". Co jakiś czas na blogu będę zamieszczać recenzje książek, w szczególności dla dzieci.

Już jako dziecko uwielbiałam książki. Przerzucać strony, oglądać obrazki, w późniejszym czasie czytać. Pamiętam, że bawiłam się nawet w bibliotekę! Nic dziwnego, że zawodowo wybrałam właśnie drogę związaną z książkami ;)

Dla siebie kupuję głównie książki kucharskie, rzadziej beletrystykę. Gotowanie i pieczenie to moja druga pasja, stąd mogę połączyć je w jedną. Jednak moje oko zawsze zawieszało się na dziale literatury dziecięcej. Książki dla dzieci są tak pięknie wydane i obfitują w cudowne ilustracje. Oczywiście nie wszystkie, bo znajdziemy w księgarni również ociekające brokatem i różem wydawnictwa, które z piękną książką nie mają nic wspólnego. To tyle słowem wstępu.

Dziś mam zamiar pokazać Wam literaturę dla nieco starszych dzieci. Dlaczego w tytule padło zdanie "gratka dla fanów Fisza"? Dlatego, że ilustracje do obu książek, które zobaczycie, wykonywał nikt inny jak Bartek Waglewski, czyli mój ulubiony Fisz. Ale o muzyce nie będę się dziś rozpisywać.

"Bajki Misia Fisia" to pierwsza książka z ilustracjami Fisza. Napisana została przez Wojciecha Bonowicza (druga również). Znakomite ilustracje, krótkie, mądre opowieści z morałem. Myślę, że nie ma co się rozpisywać tylko pokazać Wam jak wygląda.






Druga książka to "Misiu Fisiu ma dobry dzień dobry dzień". Składa się z czterech dłuższych historyjek. Poznajemy w niej przyjaciół Misia Fisia: Misia Foremkę, Kota Śpiwora, Pogodną Żabkę i Kreta Darniaka.






Idziesz ulicą (lub gdziekolwiek indziej) i widzisz matkę z dzieckiem. Scena dantejska, dziecko się drze, wyrywa, matka w bezradności stoi i nie wie co robić. W wersji najgorszej dziecko dodatkowo leży na ulicy (tudzież innym miejscu, w którym się znajdujecie). Myślisz "ale niewychowane dziecko", "co to za matka, z dzieckiem sobie nie radzi", "ale rozwydrzony bachor", "no ja bym umiała sobie z tym poradzić", "oj, bo wystarczy z dzieckiem porozmawiać". Ciekawa jestem, która z Was nigdy nie miała takich myśli w głowie. Która z Was przechodząc obok ryczącego dziecka nie pomyślała, że to na pewno błędy w wychowaniu lub trudny charakter dziecka. Najprościej wydać o czymś opinie nie mając o tym najmniejszego pojęcia...

Źródło: pixabay.com
Podobno najgorzej jest jak przychodzi bunt dwulatka. Tak mówią. Ja jeszcze nie wiem, chociaż wydaje mi się, że ostatnio nieco zapoznałam się z tematem. Do położenia się na podłodze i ryczenia było już bardzo niewiele ;)

Karolcia dorasta, nie radzi sobie z emocjami, do tego dochodzi bolesne ząbkowanie i ot, awantura gotowa. Wszystko wtedy jest na "nie". "Idziemy na dwór" - mówię. Uradowana biegnie do drzwi. "Chodź, musimy się najpierw ubrać" - wspominam. I napotykam NIE. Radość znika z twarzy, pojawiają się łzy, biegnięcie w przeciwnym kierunku ze złością i "obrażanie się". No tak, mój błąd. Najpierw ubrać, później powiedzieć o podwórku ;) Ot, taki przykład. Jakieś dwa tygodnie mieliśmy z 3 dni płaczu, obrażania się i gniewu co jakieś pół godziny. A może i częściej. Dni te pamiętam jak przez mgłę. Jedynie siwy włos mi o nich przypomina.

Wychowanie do łatwych nie należy i wiadomo, że chcemy wychować nasze dziecko jak najlepiej. A to oznacza naukę przez całe lata. Uczymy się siebie nie tylko przez pierwszy miesiąc, to przy tym co zacznie się teraz, to pikuś.

Czasem nie wiem jak zachować się przy takich napadach gniewu (i wtedy nie dziwię się tym matkom, co też nie wiedzą). Czasem tracę cierpliwość i nie wiem czy wyjść z domu, czy lepiej dziecko wystawić za drzwi, ale liczę do 10 albo wychodzę do drugiego pokoju, aby dosłownie przez 3 sekundy odsapnąć. Czasem myślę, że ta złość to specjalnie, żeby mnie wkurzyć. Ale zaraz sobie przypominam, że to przecież jeszcze nie ten czas. Dobrze, że takie sytuacje zdarzają się póki co naprawdę czasem, bo gdyby było inaczej to chyba musiałabym zacząć farbować włosy.

Jak radzę sobie w takich sytuacjach?
Dopiero się uczę, ale staram się być spokojna i opanowana. My mamy ciągle musimy być cierpliwe. Od początku. Ciąża - 9 miesięcy ciągnie się w nieskończoność. Poród - długo to jeszcze będzie trwało? Przecież ten ból jest nie do zniesienia! Karmienie - brak pokarmu, ból przy karmieniu, dziecko ssie cały dzień - tu cierpliwość też się przyda. Raczkowanie - dom wygląda jak krajobraz po wojnie, nie martw się, będzie jeszcze gorzej. Musisz być cierpliwa, bałagan skończy się jak dziecko wyjedzie na studia ;) Itd, itd...

Na koniec mam dla Was jednak kilka rad, które staram się stosować:
1. Gdy dziecko płacze, złości się, staraj się je zrozumieć. Ono nie wie jak nazwać emocje, które nimi w danej chwili rządzą.
2. Schyl się, zniż się do poziomu dziecka. Będzie Ci łatwiej nawiązać z nim kontakt.
3. Nie krzycz, nie mów "o co Ci chodzi". To i tak nie pomoże.
4. Nie wychodź z pokoju, nie idź w przeciwnym kierunku. Dziecko Cię potrzebuje.
5. Weź dziecko na ręce, wyjdź do innego pomieszczenia. Staraj się odwrócić uwagę. Mów do niego.
Wybaczcie, ale jestem ostatnio nie do życia i znów cierpię na brak czasu. Nie do życia jestem przez to, że Karolinka ząbkuje i to ostro. Do tego przypałętał się ząbkowy katar, przez co łażę cały dzień z chusteczką i wycieram te lejące się strugi. Oby przeszedł jak najszybciej.
W przeciągu dwóch tygodni wyszły jej dwie górne czwórki, dwie górne trójki i jedna dolna czwórka. Jest moc. Noce są w połowie nieprzespane, a drzemki w dzień krótsze. Terminy w pracy naglą, a wieczorami padam na przysłowiowy pysk. Mam wiele planów dotyczących tematów, które chciałam tu poruszyć, ale chyba będą musiały trochę zaczekać. Całość zbiega się z przeprowadzką, którą w najbliższym czasie planujemy, więc grubo ;)

Oczywiście nie zapominam o Was i jak tylko wygospodaruję trochę wolnego czasu to od razu nadrobię wszelkie zaległości. A tymczasem życzę Wam przespanej nocy! Chociaż Wy się wyśpijcie, bo ja już nie spałam dobrze przez ok. 470 dni. Ciekawe jak długo mamy mogą tak pociągnąć... ;)
Postanowiłam zrobić pewne podsumowanie artykułów wyprawkowych (i nie tylko), które nam się sprawdziły i które mogę Wam polecić z czystym sumieniem. Pomyślałam, że to będzie dobry post dla przyszłych mam, które lubią kupować niezawodne produkty.



1. Wózek Camarelo Sevilla. Już wielokrotnie przeze mnie zachwalany. Gdybym drugi raz miała kupować wózek, zdecydowałabym się na niego ponownie. Może tylko wybrałabym inną wersję kolorystyczną, bo pojawiło się bardzo dużo nowych modeli. Jeśli chodzi o gondolę była super. Duża, wygodna (mimo że sama w niej nie leżałam ;)), z podwyższanym materacykiem - co jest dla mnie koniecznością w wózku, bo przychodzi czas, gdy nasze maleństwo wcale nie chce już leżeć na płasko. Etap wybierania wózka, pierwsze opinie możecie przeczytać w kilku postach:
Wybór wózka cz.1
Wybór wózka cz. 2
Nasz wózek
Nasza spacerówka

2. Wanienka z Ikei. Kolejna rzecz, którą bez wahania kupiłabym po raz drugi. Niewielka, poręczna, z antypoślizgowymi nóżkami oraz z antypoślizgowym dnem. Dość długo kąpaliśmy w niej Karolcię, mimo niewielkich rozmiarów, ale w pewnym momencie kąpiel zaczęła odbywać się na siedząco, więc miejsca i tak było sporo. A o wyborze wanienki możecie przeczytać TU.

3. Krzesełko do karmienia z Ikei. Krzesełko dostaliśmy "w spadku" po dzieciach mojej kuzynki. Jednak gdyby było inaczej i tak bym je kupiła, bo polecała mi je moja dobra koleżanka. I słusznie. Krzesełko super się czyści, nie ma żadnych cerat, które ciężko wyprać. Jest proste i nie zajmuje wiele miejsca. Jedynie trzeba nauczyć się obok niego przechodzić, bo bardzo łatwo zahaczyć o wystające nogi.

4. Leżaczek-bujaczek Fisher Price. Uratował nam życie i dał chwilę wytchnienia. Karolcia uwielbiała w nim leżeć i czasem, gdy nic nie pomagało uspokajała się właśnie w nim. Później jak zaczęła interesować się zabawkami, zwierzątka na pałąku sprawiały jej mega frajdę. Na opis bujaczka zapraszam TU.

5. Chusta Little Frog. Moja miłość. Uwielbiam tą chustę i uważam, że jest idealna dla początkujących. Nie wymaga łamania i każda mama z pewnością sobie z nią poradzi. Nie szkoda mi na nią ani jednej wydanej złotówki. Kupiłabym kolejną <3 Jeśli zastanawiacie się nad kupnem chust możecie przeczytać posta "Czy warto kupić chustę?".

Mam nadzieję, że chociaż odrobinę pomogłam przyszłym mamom w pewnym wyborze. Wiem jak trudno jest znaleźć coś idealnego, sama przekopałam Internet w poszukiwaniu rzeczy, z których będę zadowolona.

Czy Wy macie jakieś swoje sprawdzone produkty, które z chęcią poleciłybyście innym mamom?
Mam przyjemność brać udział w Projekcie Pampers i zostałam wybrana do testowania Pampersów Pants. Jak jednak wiecie, jakiś czas temu przerzuciłam Karolcię na pieluszki wielorazowe. Jednak nie odeszłyśmy całkiem od jednorazówek. Stosujemy je na dłuższe wyjazdy (gdy pod ręką nie ma pralki) i na noc. Także wielce się ucieszyłam, że spotkała mnie taka niespodzianka :)

Gdy wróciliśmy z urlopu, czekał na nas w domu taki oto zestaw:
Zestaw Pampers Pants 4 do testowania
Rozpoczęliśmy testowanie i co? Jest super! Żałuję, że nie dostaliśmy tej paczki przed wyjazdem, bo byłaby jak znalazł. Pampersy są majtkami, więc nakłada się je na pupę bez żadnego zapinania rzepów, co jest mega ułatwieniem w podróży lub przy ruchliwym dziecku. To odpowiada mi bardzo, bo ile musiałam się natrudzić, żeby dobrze nałożyć zwykłego pampersa na tyłek w aucie. I tak zawsze coś się poprzekręcało. Fajny jest też system ściągania, zrywamy boki i gotowe! Na wyjazdy i na noc stosujemy zielone Pampersy, które trzymają suchość 12 godzin. Te również. Na noc są idealne. Wytrzymują do rana. A w dzień, wiadomo, nikt nie trzyma dziecka w jednym pampersie przez cały dzień. Powiem szczerze, że ja zmieniam jednorazówki dość często, bo wkurza mnie to, że tak się pompują i wiszą dziecku w kroku.

Pampers Pants miło mnie zaskoczyły i szczerze je polecam. Są idealne dla dzieci zaczynających chodzić i nie dających się przewinąć ;) Są dostępne od rozmiaru 4 (9-14 kg).

A czy Wy próbowałyście Pieluchomajtek Pampers? Co o nich myślicie?