W końcu wymarzony wyjazd! :) Będzie więc na blogu cicho, ale pamiętajcie, że jestem z Wami na Instagramie i Facebook'u. Trzymajcie kciuki za pogodę, oby nie padało.

A Wy już po wakacjach? Czy może tak jak my wybieracie końcówkę sierpnia na wakacyjne podróże?

A po powrocie relacja pt "czy da się wypocząć z dwulatkiem nad morzem" ;)
Dziś coś dla miłośników książek. Moja Karolcia to mol książkowy. Codziennie czytamy po kilka książek i sama też lubi je przeglądać, więc nasza biblioteczka wciąż wzbogaca się o jakieś nowości. Dodatkowo odwiedzamy co jakiś czas bibliotekę, żeby wypożyczyć coś, co niekoniecznie musimy koniecznie mieć. Czasem jednak trafi się taka fajna książka, że później zamawiam ją, bo widzę, że Karolcia ją polubiła.


Tak właśnie było z książeczkami o Tupciu Chrupciu, których autorką jest Eliza Piotrowska. Któregoś dnia wypożyczyłyśmy jedną z nich z biblioteki i Karolci bardzo przypadła do gustu. Mogę śmiało powiedzieć, że jest na równi z Kicią Kocią, a nie jest łatwo z nią konkurować ;)

Historie o Tupciu Chrupciu są takie "życiowe". Dziecko może się z nimi spotkać na co dzień i myślę, że dlatego są takie lubiane. W serii ukazały się do tej pory: "Dbam o zęby", "Nie chcę jeść", "Idę do lekarza", "Ja się nie boję", "Kapryśna myszka", "Nie dam sobie dokuczać", "Przedszkolak na medal", "Mam rodzeństwo", "Nie mogę zasnąć", "Umiem się dzielić", "Urodzinowy prezent", "Wizyta u dziadków", "Żegnaj pieluszko", "Nie chcę się myć", "Tupcio Chrupcio jest kłamczuszkiem", "Mama Tupcia Chrupcia idzie do pracy". Chyba udało mi się wymienić wszystkie, ale pewności nie mam.

Książeczki można kupić w dwóch wersjach. W twardej oprawie i miękkiej, przy czym jest to mniejszy format. Mi to zupełnie nie przeszkadza, wolę te ekonomiczne, są poręczniejsze.


A tak wyglądają w środku. 



Może nie są to ilustracje, które trafiają w mój gust, ale najważniejsze, że podobają się córce.

Znaliście Tupcia Chrupcia? A może kojarzycie go z kanału MiniMini, gdzie leci właśnie bajka o Tupciu Chrupciu?
Ciemieniucha kojarzy się pewnie większości mam z niemowlakiem, bowiem właśnie takie maleństwa są najbardziej narażone na jej powstanie. Nie ma jednak powodów do strachu. Jest to całkowicie normalne, zdarza się często i o dziwo, może spotkać nawet większe dzieci.

www.magdalenapetecka.com
Tak jak to było u nas. Do tej pory Karolcia nie miała ciemieniuchy. Aż tu nagle z tydzień temu zauważyłam na jej głowie takie jakby żółte łuski. Przypominały w sumie łupież, ale od razu przyszła mi na myśl ciemieniucha. Wiadomo, że teraz ciężej ją dostrzec, bo włosów jest sporo. U niemowlaka pewnie widoczna jest od razu.

Stwierdziłam, że póki jest mała i jest jej niewiele (pokrywała tylko kawałek przodu główki) to spróbuję zwalczyć ją domowymi sposobami. Chociaż wiem, że są różne szampony i oliwki specjalne na ciemieniuchę. Jaki sposób wybrałam? Olej kokosowy. Nasmarowałam jej 15 minut przed kąpielą głowę właśnie tym olejem, a później wyczesałam. Na koniec umyłam głowę i wyobraźcie sobie, że ciemieniucha prawie całkiem zniknęła. Nie wiem czy to dlatego, że było jej tak niewiele czy może dlatego, że olej kokosowy jest tak wspaniały. W każdym razie pomogło.

Powiem Wam, że od jakiegoś czasu jestem olejem kokosowym oczarowana i stosuję go dość często. Nie tylko w kuchni do smażenia czy ciast, ale również do nawilżania skóry. Ma on naprawdę wiele wspaniałych właściwości. Należy jednak pamiętać, aby wybierać olej nierafinowany. Ten rafinowany tłoczony jest w wysokiej temperaturze przez co traci wiele cennych wartości. Nie pomylcie też oleju kokosowego z palmowym. Ten drugi jest bardzo niezdrowy, znajduje się w rzeczach wysoko przetworzonych, szczególnie słodyczach.

Ja tu miałam tylko krótko o ciemieniusze, a tu już weszłam na tematy kulinarne ;) Ale jeśli mnie regularnie czytacie, wiecie, że tematy zdrowego żywienia nie są mi obce. Po wakacjach mam zamiar do nich wrócić, bo teraz czasu na niektóre rzeczy brak.



Za dwa tygodnie ruszamy nad morze. W końcu! Przecież czekam i czekam na te nasze wakacje. Aczkolwiek źle nam nie jest, ciągle gdzieś wyjeżdżamy i zwiedzamy okolice, ale z utęsknieniem czekam na szum fal, delikatny piasek pod palcami i podróż.Oby pogoda dopisała. Karolcia również nie może się doczekać i ciągle wspomina o tym, że jak była mała to była nad morzem. Rok temu 2 razy udało nam się wyjechać nad polskie morze i to było coś. Niestety w tym roku musimy nacieszyć się jednym wyjazdem, ale z pewnością będzie on dłuższy :)

Pewnie zastanawia Was jak przetrwać taką długą podróż z dzieckiem. U nas będzie naprawdę długa, bo mamy do przejechania ponad 500 km. Wiadomo, że każde dziecko jest inne. Nasza Karolinka nie lubiła podróżować w foteliku. Nawet na krótkie trasy było kiepsko. Do czasu. Nagle zmieniło się wszystko o 180 stopni i oto nasza córka grzecznie siedzi z tyłu i podróżuje. Jak powiemy jej, że jedziemy daleko to siedzi i wyczekuje końca trasy. Widzę, że takimi wyjazdami jest bardzo podekscytowana i lubi jeździć. Trasę umilają nam piosenki dla dzieci. Karolcia uwielbia Fasolki, więc wałkujemy płytę na okrągło, a ja chodzę później po domu i nucę. Fasolki wchodzą do głowy i wyjść nie mogą. Trochę mnie to męczy, ale czego się nie robi dla dziecka ;)

A oto moje złote rady na podróż z dwulatkiem:
1. Piosenki. Najlepiej wspomniane wyżej Fasolki. Ale w radiu, nie na telefonie czy tablecie.
2. Książeczki. Karolcia uwielbia, więc w podróży mogę jej czytać i czytać.
3. Przystanki. A to siku, a to jeść. Trasa będzie się dłużyć, ale nic się już na to nie poradzi.
4. Podróż nocą lub nad ranem. Wiadomo, że dziecko prześpi wtedy większość trasy.
5. Gdy jest kiepsko czas wytoczyć ciężkie działa, czyli bajki na tablecie lub laptopie. U nas max 30 minut za jednym razem, a w czasie dnia max 1h, ale wiadomo, że w podróży można zrobić wyjątek ;)

Radami tymi Ameryki nie odkryłam, ale dla rodziców, którzy po raz pierwszy wybierają się w podróż z dzieckiem, mogą się okazać przydatne.