Ten post miał ukazać się w Walentynki, ale pech chciał, że to właśnie w ten dzień nasza Milka miała bardzo poważną operację, której mogła nie przeżyć. Ten dzień spędziliśmy więc w nerwach i oczekiwaniach czy wszystko się uda. Całe szczęście udało się i jest dobrze. Mam nadzieję, że będzie dobrze i nasza sunia jeszcze z nami zostanie, bo nie wyobrażam sobie życia bez niej. Kto nie jest psiarzem ten nie zrozumie. Ale pies jest członkiem rodziny, po stracie którego długo nie można się pozbierać. Trzymajcie kciuki za Milkę, jest silna, więc musi z tego wyjść.

Miłość. To najsilniejsze z uczuć. Jak widać, może dotyczyć także psa. Będzie to oczywiście nieco inna miłość, ale jednak. Dziś chciałam pokazać Wam najpiękniejsze książki dla dzieci traktujące właśnie o miłości.

(Wybaczcie jakoś zdjęć. Aparat się zepsuł, telefon mam przedpotopowy, a jakoś muszę sobie radzić)

"Miłość" Astrid Desbordes, Wydawnictwo Entliczek.
Bardzo oszczędna w słowa, ale to nie jest ważne. Ważny jest przekaz, który jest mądry, ale zarówno pełen humoru. Chłopiec pyta mamę czy będzie go kochać do końca życia, a ona mu to wyjaśnia. Wyjaśnia mu to w taki sposób, że zrozumie to nawet 3-latek. Uwielbiam tę książkę, a jej zakończenie jest idealne i dające do myślenia. Nie zdradzę Wam go, sami musicie się przekonać :)




"Wielka księga Kocham Cię" Trace Moroney Wydawnictwo Papilon. Karolcia uwielbia tę książkę. Wraz z króliczkiem wymienia kogo najbardziej kocha. Książka ma wytłoczone niektóre ilustracje, więc tym bardziej wydaje się być ciekawa. Prosty i mądry przekaz. Jak najbardziej jestem na tak.




"Rikuś i Anusia" Guido van Genechten Wydawnictwo Adamanda. Temu autorowi z pewnością poświęcę kiedyś osobny post. Bo każda z jego książek, które ostatnio czytałyśmy super trafiała do Karolci. Ta przedstawia historię przyjaźni, a nawet pierwszej miłości. Pokazuje, że najważniejsze to być sobą. "Rikuś i Anusia" to druga część "Rikusia", który został książką roku 2016 w kategorii książek dla dzieci.




"Uśmiech dla żabki" Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak Wydawnictwo Ezop. Temu duetowi i przepięknym ilustracjom Emilii Dziubak również będę musiała poświęcić osobny post. Jestem bowiem zakochana w tych przepięknych ilustracjach, a teksty Wechterowicza są po prostu genialne. W tym wypadku również tak jest. Książka nie mówi w prost o miłości, ale pokazuje jak wielka jest miłość mamy do córki. A co najlepsze ma świetny żart, który uwielbiam.




Oprócz tego odsyłam Was do posta o książkach o uczuciach, w którym pokazałam Wam 3 świetne książki o miłości między tatą a synem.
Kiedyś miałam spinę. Chciałam być idealna. Chciałam być idealną matką. Chciałam wychowywać dziecko tak, aby w żadnej sposób go "nie uszkodzić". Korzystać z poradników, doskonalić wiedzę i być najlepsza. Nie wiem czemu to we mnie siedziało. Może chciałam po prostu dać dziecku to, co najlepsze? Całe szczęście opamiętałam się w porę.

Przecież tak naprawdę dla mojego dziecka zawsze będę idealna. A przynajmniej chcę wierzyć, że tak właśnie jest i będzie. Co z tego, że czasem zdarzy mi się krzyknąć. Czasem uronić łzę. Czasem stracić cierpliwość. Czasem pozwolić na dłuższe oglądanie bajek, a czasem całkiem tego zabronić. Nie jestem robotem. Nie chcę nim być. Nie chcę być matką zaprogramowaną na idealność. Nie czytam poradników dla rodziców. Czasem zdarzy mi się przejrzeć jakąś ciekawą pozycję, ale nie mam ogromnej listy książek o wychowaniu, które muszę przeczytać, bo inaczej sobie nie poradzę. Może też po prostu nie mam na to czasu? Gdybym była zagubiona w pewnych kwestiach wychowawczych, to pewnie sięgnęłabym po niejedną pozycję, ale póki co moja intuicja i instynkt macierzyński sprawdzają się naprawdę dobrze.

W swoich działaniach staram się zachować równowagę. Nie chcąc rozpieszczać dziecka nie pozwalam mu na każdą zachciankę, wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić, chociaż to oczywiste, że spełniłabym każdą najmniejszą prośbę. Wiem jednak, że wtedy bym zginęła. Może nie teraz, ale później, kiedy dziecko będzie coraz wyraźniej egzekwowało swoje życzenia. Dlatego staram się pamiętać, że wychowanie to długi proces, ale najważniejsze są jego pierwsze lata.

Przekroczenie przez dziecka tego magicznego pierwszego roku to czas niezwykły, w którym nagle kończy się "jedynie opieka", a zaczyna prawdziwe wychowanie, z którym my, świeżo upieczeni rodzice, niekoniecznie od razu świetnie sobie radzimy. Ale czy od razu mamy mieć same 6 w indeksie? Czy nie po to zostajemy wrzuceni na głęboką wodę rodzicielstwa, aby uczyć się na własnych błędach? Wykorzystajmy ten najmłodszy okres w życiu dziecka właśnie na naszą naukę i na ustalenie pewnych granic i reguł, którymi będziemy się kierować. Ustalmy te kwestie między sobą, oboje jesteśmy rodzicami i oboje mamy równy udział w wychowaniu dziecka. Nie podważajmy swoich decyzji przy dziecku, dajmy mu poczucie bezpieczeństwa i nie faworyzujmy jednego z rodziców. Moim zdaniem to bardzo ważne sprawy, które rzutują na to jaki stosunek będzie miało do nas dziecko w przyszłości.

Źródło: pixabay.com
Nie popadajmy ze skrajności w skrajność i tak jak napisałam już wyżej, zachowajmy pewną równowagę. Przy tym wszystkim pamiętajmy, że dla naszego dziecka jesteśmy całym światem i im szybciej zajmiemy się wychowaniem, tym bardziej prawdopodobne, że już zawsze tak zostanie. Czy jest to idealne wychowanie? Nie wiem. I nawet nie chcę wiedzieć. Bo nie o to chodzi. Chodzi o miłość i o to, aby było nam dobrze, bezpiecznie i abyśmy czuli się szczęśliwi.
W ostatnim poście jedynie liznęłam temat zabaw, więc postanowiłam go trochę rozwinąć. Zima, w szczególności w naszym ogarniętym smogiem miastem, nie należy do najprzyjemniejszych. Owszem, staramy się wychodzić, gdy poziom powietrza jest na dość dobrym poziomie lub gdy po prostu musimy wyjść. Jeździmy też poza miasto, ale gdy siedzimy w domu wymyślamy z Karolcią różne zabawy, aby przetrwać jakoś ten zimowy czas. Nie chcę się chwalić, ale nasze dziecko ma coraz bardziej rozbudowaną wyobraźnię i to w większości ona jest naszą pomysłodawczynią. Do wielu zabaw nie potrzebujemy zabawek. Staramy się zrobić tak zwane "coś z niczego".

1. Zabawa w basen. To pomysł Karolci. Ja jedynie pomogłam go jej zrealizować. Ubrałyśmy stroje kąpielowe na ubrania, wyciągnęłyśmy z szafy dmuchane koło, rękawki, ręcznik i klapki a naszym basenem był dywan. O jaka była zabawa. Karolcia w kole udawała, że pływa, a najbardziej rozbroiła mnie stojąc pod szafą i udając, że bierze prysznic! Niby nic, a zabawa na sto dwa ;)

2. Zabawa w bibliotekę. Chyba już o niej kiedyś wspominałam, ale jest to jedna z ulubionych zabaw Karolci, więc znów krótko o niej napiszę, dla tych co nie czytali. Karolcia jest bibliotekarką, ja czytelnikiem. Mam nawet specjalną kartę biblioteczną ;) Karolcia poleca mi różne książki, wybiera, czasem pytam czy ma np. książkę o pieskach, a ona stara się ją znaleźć. Później razem przeglądamy wybrane książki i czytamy je w "czytelni". Taka zabawa może być zachęcająca dla dzieci, które niekoniecznie są molami książkowymi.

3. Budowanie namiotu z koca. Kto z nas się w to nie bawił? Toż to najlepsza zabawa z dzieciństwa. Pamiętam jak budowaliśmy z kuzynostwem ogromne namioty z koca, czasem nawet na pół pokoju. W dzisiejszych czasach jednak prościej jest postawić dziecku gotowy namiot lub bardzo modne tipi. Owszem, sami posiadamy rozkładany domek do zabawy, ale mimo to czasem robimy duży namiot z koca i wtedy dopiero jest zabawa.

4. Zabawa w piknik. Tu pomysłodawcą jest mój mąż, który zostaje sam z Karolcią, gdy ja idę na jogę i nie zawsze ma z nią łatwo, bo czasem wieczorem to ona już jest zmęczona, więc trzeba się naprawdę namęczyć, żeby jej dogodzić. Tak właśnie powstała ta zabawa. Rozłożony koc, talerzyki, czapki z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne, a do tego przekąski. Dziecko szczęśliwe, zabawa przednia, a i podwieczorek można przy okazji przemycić ;)

Tak naprawdę to tylko namiastka zabawa, które możemy wymyślić razem z dzieckiem. Zauważcie też, że już z takim dwu-trzylatkiem możemy odgrywać bardzo wiele ról i życiowych sytuacji. Nie wiem też jak to jest w sytuacji, gdy mamy w domu chłopca. Być może woli on całkiem inne zabawy. Może kiedyś będzie mi dane to poznać :)
Znowu muszę niestety wytłumaczyć się Wam z mojej dłuższej nieobecności w sieci. Mój Instagram jest tymczasowo zawieszony ze względu na stary telefon, na którym aktualnie działam. Nie mam możliwości zainstalowania tejże apki, więc jestem zmuszona być na odwyku ;) Posty na blogu jak widzicie też się nie pojawiają, bo zjechała się do nas rodzinka i mamy tutaj niezły młyn :) Karolcia zachwycona kuzynkami, świetnie się ze sobą bawią i naprawdę cieszę się, że ma tak wspaniały kontakt z nimi, mimo iż nie mieszkają blisko nas i spotykamy się od czasu do czasu.

Aktualnie moje dziecko śpi. Wymęczone ciągłą zabawą, której ja na takim poziomie nie mogę jej zapewnić. Jednak starsze kuzynki mają lepsze pomysły niż ja ;) Jak one się pięknie bawią, aż miło popatrzeć.

Zauważyłam, jeszcze przed ich przyjazdem, że Karolcia weszła w całkiem inny etap zabawy. Przez ostatnie dwa tygodnie najlepszą zabawą były relacje. A to lalkami, a to misiami. Niesamowite, że 2,5 latek już potrafi się w takie coś bawić. Byłam przekonana, że to domena starszych dzieci, a tu proszę. Karolcia wymyśla, że lalki idą na plaże, albo że jadą gdzieś pociągiem. Ma bardzo rozbudowaną wyobraźnię i mało potrzeba jej, aby zabawa była udana. Cieszy mnie to.

Ostatnio odrzuciła układanie puzzli i rysowanie, właśnie na rzecz takich zabaw. Ale zauważyłam już, że ma pewne fazy na konkretne zabawy. Jak układała puzzle to pół dnia potrafiła to robić, jak budowała klockami to tylko klockami. A teraz właśnie bawi się w dom, w przyjaźnie. Miło patrzeć na coś takiego.

A w co najbardziej lubią bawić się Wasze dzieci?
Nie mogę doczekać się wiosny. Nie dlatego, że nie lubię zimy. Naprawdę ją lubię. Jak jest śnieg, lekki mróz, taka zima może być. I taka zima w sumie właśnie jest, ale nie mogę znieść jej przez ten smog, który w naszym mieście jest naprawdę na wysokim poziomie. Codziennie sprawdzam poziom smogu i przez to od kilku dni nie byłyśmy z Karolcią na porządnym spacerze. Odpuściłyśmy chwilowo sanki, przemieszczamy się autem a to do babci, a to do galerii, aby trochę ruszyć się z domu. Po prostu nie da się oddychać. Żeby nie stać biernie, pomagamy z mężem w zbieraniu podpisów pod petycją w sprawie wprowadzenia odpowiednich ustaw, mając nadzieję, że coś to da.

Źródło: pixabay.com
Kilka dni temu zrobiliśmy z mężem test czystości powietrza odkurzaczem. Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmiku, możecie zobaczyć go tutaj:

Nasz wynik jest zatrważający. Wacik wyszedł strasznie czarny i śmierdział sadzą z komina. I właśnie takim powietrzem oddychamy. Przeraża mnie to. Mam straszne dylematy odnośnie spacerów. I o ile Karolcia jednak ma już jakąś odporność, to z niemowlakiem chyba siedziałabym całą zimę w domu :(

A czy za czasów naszego dzieciństwa było gorzej? Przecież nikt wtedy tego nie mierzył. Działały różne zakłady, prawie wszyscy mieli piece węglowe. Czy smog też był na takim wysokim poziomie? Tego pewnie się nie dowiemy, ale nawet jeśli, to nie myślmy o tym, że kiedyś było gorzej. Pomyślmy o tym, żeby było lepiej. Zróbmy coś wokół i przestańmy narzekać.